|
|
"Marzenie o czymś nieprawdopodobnym ma swoją nazwę.
Nazywamy je nadzieją."
Nie mam już sił...
Mam dość mojego zasranego życia.
Words can be like knives,
They can cut you open...*
Mam dość tej przytłaczającej rzeczywistości...
Dość samotności, tej głębokiej, którą odczuwa się dużo mocniej, niż fizyczny brak kogoś obok.
Dość oszukiwania siebie, że jestem jednak szczęśliwa, mam przecież to, co każdy by chciał.
Pozory...
..And then silence surrounds you
and haunts you...*
Mam dość tłumaczenia wszystkim po kolei rzeczy - zdawałoby się - oczywistych, mam dość tłumaczenia czegokolwiek.
Czasami krzyk rozrywa mnie od środka. Krzyk, który nigdy nie znajduje ujścia, wyrazu, jest niemym uciskiem gdzieś wewnątrz...
Mam dość czekania na coś, co zapewne nigdy nie nadejdzie...
Stan, w którym tak bardzo chciałabym się rozpłakać... i nie potrafię... wygrywa obojętność na to, co się ze mną stanie...
Nie mam już siły dręczyć samej siebie, szukając ukojenia w muzyce... chociaż to jedno pozwala mi się jeszcze jakoś uspokoić i nadal udawać, że jeszcze coś dla kogokolwiek znaczę... że wszystko jest OK i że nadal potrafię się uśmiechać...
Nie radzę sobie...
When you're alone
And there's no air or sound
Down below
The surface. **
* Stateless - Bloodstream
** Hurts - Water
2011-12-30 00:39:33 skomentuj (0)
7 października 2011
Mieliśmy czytać listy, mniejsza o szczegóły; "efekt uboczny" terapii małżeńskiej...
Wczoraj małżonek powiedział mi, że jest zmęczony, że „chce tak ważną
rzecz potraktować z należytą uwagą”. Że „jutro możemy czytać do bólu”. Nie
naciskałam, powiedziałam „OK”.
Dzisiaj SPM wróciwszy z pracy stwierdził, że znowu czuje się
kiepsko (faktycznie kaszle strasznie), że musi jechać do lekarza. Pojechał parę
minut po 18-tej. Wrócił przed 23-cią, bo wracając od lekarza… pojechał do
Fashion House, gdzie była akcja nocnej wyprzedaży czy coś w tym stylu. W międzyczasie
Zu, która uparła się czekać na tatusia, zasnęła w ubraniu na kanapie.
Tatuś wrócił z dwoma patelniami i antybiotykiem. Z patelni
był tak dumny, jakby co najmniej sam je wyprodukował – OK, przydadzą się. O listach, które „mieliśmy czytać do bólu”
nie zająknął się ani słowem. Ja też się nie upominałam… mam dość walki o czyjeś
zainteresowanie. Zajęłam się pakowaniem ciuchów do oddania.
Ok. 23-ciej okazało się, że Alek znowu jest chory, ma
temperaturę. Odkąd to odkryłam byłam u niego 4 razy. Tatuś oczywiście ani razu…
bo mu to nie przyszło do głowy.
Poprosiłam, aby wyniósł pudło do zawiezienia do Lublina do
samochodu, bo stoi na środku przedpokoju. Usłyszałam „jutro”. Powiedziałam, że
wolałabym dzisiaj, bo do jutra zdąży je obsikać pies. Stwierdził, że zrobi to
za chwilę. Oczywiście nie zrobił.
Miał położyć Zu – zrobił to w okolicach północy... Położenie Zu
oznaczało zaniesienie małej w ubraniu do łóżka i komentarz w moją stronę
„przebierz ją”.
Zapytałam, czy ma iść spać brudna.
Stwierdził, że miałam dużo czasu, żeby ją położyć.
Odpowiedziałam, że chciałam, tylko dziecko uparło się na
niego czekać, a on oczywiście pojechał i zginął. Rzucił komentarz, że "się czepiam" i poszedł na dół.
Zeszłam za nim i powiedziałam mu, że to nie jest kwestia
czepiania się. Ale obiecał mi coś, czego nie zrobił. Że mieliśmy czytać listy,
stwierdził wczoraj sam, że dzisiaj możemy to robić „do bólu”, bo wczoraj nie
chciał tego robić, żeby, jak to ujął „tak ważnej sprawy nie olać”. No to
właśnie ją olał – dzisiaj. A ja nie będę już za wszelką cenę walczyć o jego
zainteresowanie, robiłam to zbyt wiele lat….
Na to S stwierdził, że możemy czytać, jeżeli chcę, ale
atmosfera jest taka, że on nie chce ze mną gadać, „bo o wszystko się
przypieprzam”.
Zapytałam o co takiego.
Stwierdził, że skoro ja mu mogę powiedzieć, że on czegoś nie
jest w stanie zrozumieć, to on mi też może. I że widocznie ja, skoro nie czuję,
co ma na myśli mówiąc „wszystko”, to widocznie ja też tego zrozumieć nie
potrafię.
Odpowiedziałam, że może i bym zrozumiała, ale najpierw
musiałabym wiedzieć, o co w ogóle chodzi. I że jak zwykle mówi, że się czepiam,
tylko nie potrafi wyartykułować, co właściwie, mówiąc to, ma na myśli.
No to usłyszałam, że się czepiam o pudło… po czym wysyczał
do mnie:
- Widzisz to pudło na szafie??
- Nie, nie widzę. – odpowiedziałam.
- A, no to w końcu się go pozbyłaś, a ile czasu Ci to
zajęło?
- A przeszkadzało Ci stojąc na szafie?
- Tak, przeszkadzało!!!!!
„Bo ja sama postawiłam pudło na szafie i tam je trzymałam
miesiąc, a powiedziałam mu, że niedługo
się go pozbędę.” Odpowiedziałam mu, że się przecież pozbyłam. I że nie było go
prawie tydzień w domu, że dziecko było chore, a ja na zwolnieniu, że zasuwam
ostatnio jak mały motorek, sprzątam, układam, segreguję, pozbyłam się całego
prania w końcu, sprzątnęłam odwieczny pierdzielnik w "biurze"... kiedy miałam to zrobić wcześniej?
Naprawdę nie jestem w stanie dać z siebie więcej….
Pomijam, że o tym, że mu pudło stojące pod sufitem przeszkadza, usłyszałam dzisiaj po raz pierwszy...
Nie mam siły wierzyć w to, że kiedyś będzie dobrze.
Nie mam siły walczyć o zainteresowanie i minimum inicjatywy.
Nie mam siły na nic…
2011-10-08 00:24:22 skomentuj (0)
Come back
Witam przedświątecznie....
Mam trochę zaległości, wypadałoby je pewnie pouzupełniać :)
Zacznijmy od strony zawodowej.
Nie pisałam chyba (coż, fakt faktem w ogóle niewiele pisałam...) - ale od czerwca pracuję w innej firmie, na innym (wyższym) stanowisku i robię to, co kocham. Spełniam się zawodowo, co mnie cieszy niezmiernie... skutkuje to niestety permanentnym brakiem czasu na cokolwiek...
Ostatnio, a dokładniej w zeszłym tygodniu, zakończyłam pierwszy etap potężnego projektu reorganizacji; z sukcesem, jak się wstępnie okazuje, co mnie obłędnie cieszy. Piszę wstępnie, bo kolejne zadania przede mną i na tym co już zrobiłam też trzeba jeszcze sporo ugrać; szczegóły pominę. Będziemy działać.
Może teraz będę mogła zmniejszyć nieco liczbę godzin spędzaną w pracy. :)
Dzieciaki względnie zdrowe (standardowego posmarkiwania nie liczę). PUK, PUK, w niemalowane.
Temat nastroju, jaki nieraz miewam, pominę, bo nie da się czytać :)
Na koniec, świątecznie, na poprawienie humoru - wersja kolędy by Zu:
Witaj, Jezu ukochany, od Batyjan wyczekany. Od Porodu ogłoszony, od narodów upragniony.
To będą bardzo wesołe (klasowe) jasełka :))))
2010-12-09 15:14:04 skomentuj (1)
Beznadzieja
Dużo się dzieje, a ja nie mam siły pisać. :( Nie mam siły, nie mam weny, no ale wypadałoby w końcu...
Zacznijmy od dnia dzisiejszego.
Wstałam jak zwykle przed siódmą, nakarmiłam dzieci, ubrałam dzieci, poskładałam pranie, poćwiczyłam z Zu "logopedię, pobawiłam się z młodszym pokoleniem....
(SPM w okolicy godziny 8.30 pojechał do sklepu. Na zakupy spożywcze i po bandaże, bowiem nasze młodsze dziecię trochę ponad tydzień temu złamało sobie obojczyk. Ponieważ regularnie się z opatrunku rozwija, nie ma sensu zaś ciągle jeździć na ostry dyżur, postanowiłam zabandażować go osobiście.)
....SPM wrócił po 11-tej, zakupy przywiózł, ja w międzyczasie napisałam maila do pracy, a potem tam zadzwoniłam w paru pilnych sprawach; w trakcie tegoż telefonu, pomiędzy jednym słowem a drugim dałam młodemu obiad, po czym S zabrał małego na górę, celem wykąpania go przed ponownym pseudozmumifikowaniem.
- Ty to dzisiaj tylko albo leżysz, albo przed kompem w sprawach służbowych siedzisz. - takim oto stwierdzeniem przywitał mnie w łazience SPM.
Szlag mnie trafił, weszłam więc o ton wyżej i zaczęłam wymieniać, że to i tamto i jeszcze....
- Ja też nie leżałem - skwitował. - I nie wiem, po co się ze mą licytujesz.
Aleooosooochooozii.....
???
JA się licytuję?
Młodego zabandażowaliśmy gremialnie po czym został położony; dokończyłam składać pranie, zeszłam na dół.
S pisał SMS'a - na telefonie służbowym w takiej też sprawie oczywiście (ale przecież to ja ciągle pracuję w domu; to mnie nie ma często w weekendy, ciągle gdzieś wyjeżdżam, a jakby inaczej). Skończył SMS'a i poszedł spać.
Śpi do tej pory.
To tyle w kwestii leżenia.
Idę robić pranie, sprzątać kuchnię i wszystko inne....
2010-11-06 15:05:16 skomentuj (0)
Granica....?
Dzisiaj Szanowny Pan Mąż oświadczył mi, cytuję, że "mogłabym mieć chociaż odrobinę godności i samokrytycyzmu".
Wszystko dlatego, że pozwoliłam sobie na protest w obliczu oskarżenia, że wczorajszy dzień przeleżałam.
A zaczęło się od tego, że Szanowny wysunął w moją stronę pretensję, że nie uprałam wczoraj pokrowca na deskę do prasowania.
Fakt. Nie uprałam.
Nie uprałam, bo miałam sporo innych rzeczy do roboty (W tym też i pranie, ale nieco innych rzeczy, powiedzmy, że bardziej potrzebnych. Tak sądzę przynajmniej. No, chyba, że zamierzał ten pokrowiec na d... założyć...?)
Nieważne, w każdym razie stwierdziłam na powyższe, że sam przecież wie, co robiłam. No i wtedy właśnie usłyszałam co następujące. Że, mianowicie, "wczoraj, no, poza praniem kanapy, to ja przecież cały dzień albo leżałam, albo snułam się z kąta w kąt."
Całe sobotnie popołudnie i niemal całą niedzielę zajmowałam się obojgiem dzieci, żeby mógł w spokoju montować szafę. Z wyjątkiem trzech ostatnich godzin wieczorem, kiedy prałam kanapę i skadałam wraz z Zu górę ciuchów. W sobotę mimo tego zdążyłam jeszcze zrobić trzy prania, posprzątać kuchnię i ugotować obiad. Ale ten fakt jakoś mu umknął. No a moja próba obrony skończyła się j.w.
Mówiąc szczerze, to przytkało mnie lekko i w sumie trzyma do tej pory.
Między nami od dłuższego czasu bywa bardzo różnie. Odpowiedziałam mu więc, spokojnie i bardzo cicho, że kiedyś doprowadzi do tego, że mnie naprawdę straci. Potem moja wypowiedź została określona "zrobieniem mu awantury".
Nic to, dyskutować już nie miałam siły. Niech będzie, nie mam godności ani samokrytycyzmu, bo nie przyznałam się do czegoś, co uważam za nieprawdę; nie kajałam się, a ośmieliłam bronić; niech i tak będzie.
Zastanawiam się, gdzie istnieje granica tego, co można znieść od bliskiego, przynajmniej w teorii, człowieka. I czy istnieją ludzie, którzy tej granicy nie mają wcale? Czasami się nad tym zastanawiam.... Może faktycznie nie mam godności, bo pewnie niejedna na moim miejscu dawno odwróciłaby się na pięcie i odeszła nie oglądając się na nic.... A samokrytycyzmu to raczej za dużo we mnie, bo ciągle jeszcze nie wierzę, że znalazłby się ktoś, kto pokochałby mnie taką, jaką jestem. I być może nawet docenił i widział we mnie jakieś dobre cechy....
Więc zastanawiam się nad tym, przełykając łzy - nie umiem już płakać - może powinnam znaleźć w sobie resztkę siły, jeszcze raz powiedzieć sobie "niech się dzieje co chce" i skoczyć na głęboką wodę... Tyle razy to robiłam - zawodowo; tam nie brakowało mi odwagi ani wiary, że będzie dobrze i że sobie poradzę. I tak było.
W życiu osobistym niestety zawsze zbyt mało wierzyłam w siebie.
Wiele wytrzymałam. Wiele wybaczyłam. Wiele razy chowałam dumę i gorycz w kieszeń i próbowałam wszystko budować od początku. Ale dzisiaj coś we mnie pękło, coś umarło. Tak się czuję.
Może faktycznie z tą godnością to prawda?
Chyba nie mam już siły wierzyć w to, że będzie kiedyś dobrze, chociaż powtarzam sobie to każdego dnia.
Codziennie próbuję ignorować pustkę, którą czuję w sercu. Uciekam w głąb siebie, we wspomnienia, w relacje z ludźmi, z którymi czuję się bezpiecznie - właśnie dlatego, że nie są bliscy. W uśmiech moich dzieci, bo są jedynymi osobami, które akceptują mnie bezwarunkowo. I codziennie zadaję sobie pytanie - jak długo jeszcze? Jak długo można tak żyć, ile czasu da się to wytrzymać?
Myśl, że być może przez całe życie, jest przerażająca.
Nieraz patrzę na moje dzieci i zastanawiam się, jakby to było znów mieć te 10-15-20 lat; znów mieć przed sobą całe życie i wszystkie najważniejsze decyzje.
Wiem jedno - że na pewno szanowałabym się bardziej i bardziej się doceniała, może nie popełniłabym tylu błędów. Może nie bałabym się tak bardzo po prostu w siebie uwierzyć.........
Może do jutra mi przejdzie i znów będę sobie skutecznie wmawiać, że jestem we właściwym miejscu.
Może tak właśnie ma być.
Nie wiem.
Jestem mistrzem we wmawianiu sobie, że to, co czuję jest nieważne, że to wszystko moja wina i że w ogóle na pewno coś mi się wydaje, że źle sobie to tłumaczę, a w ogóle to inni przecież i tak mają gorzej, a ja narzekam nie wiadomo na co.....
Nadal, nieustająco, szukam siebie.
Może znalazłabym za tą granicą, której przekroczyć nie potrafię...
2010-07-26 22:00:55 skomentuj (3)
Horror ostatnich dni...
Czy już pisałam, że od września do
listopada Zu chodziła nieprzerwanie do przedszkola?
Rok temu,
dwa lata temu - co chwilę, katar, kaszel - a teraz nic.
Pisałam?
Jeżeli tak, to niepotrzebnie.
Zaczęło się 14 listopada.
Gorączka, kaszel, wymioty, ból brzucha, głowy, gardła...
Diagnoza: szkarlatyna, antybiotyk na 10 dni.
Ale na tym nie
koniec.
19 listopada znowu wysoka gorączka i jakaś dziwna
wysypka na skórze, miejscami podobna do szkarlatynowej, miejscami
do... ospy.
Ale skąd nagle ospa, skoro żadnego kontaktu, o ile
wiem, nie było?
Wyczytałam w ulotce, że antybiotyk, który
bierze Zu, może dawać skutki uboczne w postaci wysypki
pęcherzykowej i wysokiej gorączki.
Dochodziła 20-ta, miałam
akurat dać małej kolejną dawkę. Zgłupiałam.
Pierwszy telefon
do przyjaciółki, która ma dzieci w tym samym przedszkolu. Nie, nie
słyszała o żadnych przypadkach ospy.
Drugi telefon na infolinię
placówki, w której jesteśmy ubezpieczeni. Lekarz do domu? Tak, OK,
za jakieś 16 godzin. Szlag by was....
Wahaliśmy się chwilę,
czy jechać na dyżur; na uczulenie na antybiotyk to w sumie nieco za
późno... no ale dla pewności postanowiliśmy jednak pojechać.
Na
pierwszy ogień poszła przychodnia szpitalna, w której Zu chodzi do
pediatry, a która prowadzi dyżury nocne i świąteczne.
Przyjechaliśmy, na drzwiach kartka, że dyżur przeniesiony do
szpitala, "wejście od strony parku."
Wiedziałam,
gdzie to jest, zaparkowaliśmy więc i poszliśmy.
20 minut
lataliśmy z dzieckiem z prawie 40-stopniową gorączką naokoło
szpitala, klnąc na czym świat stoi, bo oczywiście żadne z "wejść
od strony parku" nie było otwarte. Podobnie dodzwonienie się pod
telefon, który podano na wspomnianej kartce, było niewykonalne.
Jedynie lekarz złapany za szklanymi drzwiami na korytarzu machnął
na migi ręką, że "gdzieś tam trzeba iść z drugiej strony",
po czym najzwyczajniej w świecie zwiał z mojego pola widzenia.
W
końcu wysłałam SPM z Zu do samochodu, a sama poszłam się kłócić.
Tyle, że nie bardzo wiedziałam, którędy.
Klucząc i błądząc po
terenie szpitala spotkałam pielęgniarkę na papierosie i dopiero
ona powiedziała mi, gdzie dokładnie jest ten dyżur. Mniejsza już
o to, że z zupełnie innej strony niż napisali. Ale kiedy tam
weszłam i zobaczyłam jakieś 40 osób, część w maskach,
upchniętych ciasno w pomieszczeniu o powierzchni około 50 mkw,
zwątpiłam.
Pojechaliśmy na dyżur do naszej prywatnej
przychodni.
Ludzi mniej, ale kolejka i tak. Po przejściach w
szpitalu byłam na tyle bojowo nastawiona, że z miejsca poszłam się
wykłócać.
Mówię młodej na recepcji, że mam pięcioletnie
dziecko z podejrzeniem ospy, które może się jednak okazać reakcją
na antybiotyk. I że mała powinna dostać kolejną dawkę godzinę
temu. I że w związku z powyższym stanowczo proszę o przyjęcie
nas poza kolejnością.
Dziewczyna posłuchała, wbiła wzrok w
biurko i stwierdziła, że będziemy musieli poczekać.
- Ile? - pytam.
Ona nie wie.
Tłumaczę raz jeszcze, że dziecko
powinno dostać drugą dawkę leku, na który być może jest
uczulone. Powinno ją dostać ponad godzinę wcześniej.
- Trzeba byłoby spytać lekarza –
stwierdza po dłuższej chwili szanowna pani recepcjonistka – i
nadal patrzy w biurko.
Wściekłam się.
- To może warto byłoby, żeby pani
poszła do lekarza i go o to spytała? - wysyczałam przez zęby. -
Bo ja raczej nie wejdę do gabinetu w środku wizyty....?
Pani podniosła oczy znad biurka i
spojrzała na mnie z obrażoną miną. Bez słowa wzięła dokumenty
i poszła. Gdzieś. Wróciła po chwili i oświadczyła, że
mamy zaczekać w izolatce. Lekarz skończy badać pacjenta i
przyjdzie.
Mimo tego okazało się, że i tak
muszę czekać pod gabinetem, bo – jak mi powiedziano – pani
doktor jest starsza i może zapomnieć....(?) Poszłam więc czekać.
Wyszło na to, że nie było się o co kłócić, bo i tak był tylko
jeden pacjent – ten w gabinecie – ale pojęcia nie mam, czemu
nikt mnie o tym nie poinformował. Mniejsza o to, zresztą.
Czekałam jakieś 20 minut. W
międzyczasie dziecko w izolatce zdążyło zasnąć. Pytam lekarkę,
czy to ona tam przyjdzie, czy ja mam przyprowadzić dziecko tutaj.
Ona do mnie, że „i tak się musi iść najpierw odświeżyć po
grypie, a potem przyjdzie tam”. Za chwilę zmieniła zdanie i
kazała mi Zu obudzić i przyprowadzić do niej. O odświeżeniu
jakoś się jej zapomniało.
Poszłam po dziecko, wracam, a w
gabinecie ktoś siedzi. Facet, który w kolejce był za mną, ale
pani doktor widocznie doszła do wniosku, że będę dziecko budziła
kolejne pół godziny, więc nie omieszkała przyjąć kogoś po
drodze. Zu, słaniająca się na nogach i rozpalona, widząc, że
znów musi czekać, zaczęła płakać „Mamusiu, ja już nie mam
siły, chcę iść do domu!” Ja miałam ochotę kogoś zabić. SPM
bliski był wpakowania się do gabinetu i urządzenia dzikiej
awantury, powstrzymał go tylko argument, że to raczej nie wpłynie
na lepsze potraktowanie małej.
W końcu szanowna pani doktor
potwierdziła ospę. To, że dotykała Zuzi ust latarką, którą
badała zapewne wcześniej poprzedniego pacjenta (znikąd jej przy
mnie nie wyjmowała), pominę, bo mnie mierzi. Podobnie pominę fakt,
że nie widziałam bynajmniej by myła ręce czy też zakładała
rękawiczki. Chciałam tylko jak najszybciej wyjść stamtąd i
jechać do domu, z grypą, czy też bez.
Ignorancja lekarzy mnie przeraża. Zu
miała stwierdzoną – i nawet dla mnie, laika, mimo ospy zauważalną w
objawach – szkarlatynę. Osobiście poinformowałam o tym lekarkę.
A jednak kazała jej antybiotyk odstawić po pięciu dniach, pomimo
że w pierwszych lepszych opracowaniach nt. szkarlatyny można
przeczytać, że 10 dni antybiotyku to absolutne minimum. Zaniedbanie
tego może grozić poważnymi powikłaniami... oczywiście
antybiotyku nie odstawiłam.
Wiedząc, że Zu ma ospę, zdawałam
sobie sprawę, że ja i/lub Alek będziemy następni. Nawet się
ucieszyłam, że będzie z głowy. Żebym tylko wiedziała, jaki
będzie ciąg dalszy – zaszczepiłabym z miejsca i siebie i małego.
Weźcie sobie tę przestrogę do serca, w razie potrzeby. Mnie już
ta, bolesna, nauka nie pomoże, bo ospę przechodzi się, dzięki
Bogu, na ogół tylko raz.
Na drugi dzień pojechałam do pracy
tylko powykańczać zaczęte sprawy. Stwierdziłam, że dzieciom w
chorobie należy się mama w domu, wzięłam więc tydzień
zwolnienia. Miałam tylko wątpliwości, czy to wystarczy, bo za
krótko, by ospa ujawniła się u mnie, a już będę mogła zarażać.
Ale tym postanowiłam martwić się później. Życie jednak dostarczyło mi zmartwień
w zastępstwie.
Dwa czy trzy dni później Alek zaczął
pokasływać i gorączkować. Na ospę za wcześnie, na szkarlatynę
w sumie dość późno... wezwałam lekarza. Stwierdził zmienione
zapalnie gardło i początki zapalenia ucha. Czy to szkarlatyna
trudno na razie powiedzieć, ale antybiotyk tak czy inaczej
potrzebny. Dostał więc 10 dni chemii, tak, na wszelki wypadek.
Chwilowo nastał spokój.
Zu przeszła ospę łagodnie. Zaledwie
30-40 krostek na ciele, na twarzy dosłownie kilka. Co prawda,
wymalowana w fioletowe kropki, dostawała szału na hasło
„biedronka”, ale ugłaskałam ją obiecując, że kiedy ja sama
zachoruję, będzie mnie mogła smarować :) Chyba nie do końca
wierzyłam w to, że jednak się rozłożę.
W poniedziałek 30 listopada miałam
wracać do pracy. Coś mnie jednak „tknęło” i postanowiłam
zostać jeszcze dwa dni.
We wtorek byłam niemal pewna, że w
międzyczasie złapałam gdzieś grypę. Wszystko mnie bolało,
mięśnie, stawy, kości, nie wspominając o głowie. Mimo
„gorączkowego” samopoczucia temperaturę miałam normalną.
Natomiast wieczorem na główce Alka pojawiły się pierwsze wykwity.
W środę postanowiłam iść jednak do
pracy, chociażby po to, żeby wyprowadzić niektóre zaczęte
sprawy, których nie zdążyłam skończyć wcześniej. Ale ubierając
się rano odkryłam dwie malutkie zmiany na plecach i brzuchu.
Normalnie nie zwróciłyby mojej uwagi, jednak w świetle domowej
epidemii obejrzałam je bardzo dokładnie. W wyniku tych oględzin,
zamiast do biura pojechałam prosto do lekarza.... ospa, jak w m….ę
strzelił.
Kolejne dni to horror. Nadzieje na
łagodny przebieg okazały się być bardzo naiwne. Do wieczora
miałam kilkaset zmian i gdyby nie Alermed, chyba wydrapałabym sobie
każdą z nich. Temperatura oscylowała w okolicach 39 stopni. W
czwartek rano zaczęło mnie boleć gardło i cały przełyk, do tego
stopnia, że byłam w stanie przełknąć tylko wodę, nawet mówienie
sprawiało mi ból. Pod wieczór, mimo Heviranu, miałam około 700
krostek i cały czas przybywały nowe. SPM nie bawił się w
„kropkowanie” - po prostu wymalował mnie gencjaną od góry do
dołu i już.
Nic to... bo ja to w sumie pikuś, gorzej, bo Alek przechodził podobny
koszmar. Jego biedna skóra w dotyku przypominała kalafior; niemalże
nie miał miejsca bez krost. Lekarz, którego wezwałam, stwierdził
u mnie anginę, u Alka brak zmian osłuchowych, smarować, Heviranu
nie dawać, bo za mały (co w sumie mnie zdziwiło, bo przecież w
CZD leczyli acyklowirem dzieci kilkumiesięczne....?).
Wczoraj byłam już w miarę „na
chodzie”, ale z Alkiem było coraz gorzej. Zaczął kaszleć,
przestał jeść, nie chciał nawet pić, gorączka nadal się
utrzymywała. Wezwaliśmy więc lekarza po raz kolejny. Lekarka,
która przyjechała, stwierdziła, że trzeba z dzieckiem szybko
pojechać do szpitala na badania, bo być może oprócz ospy kluje
się jeszcze coś innego.
Zasugerowałam, że może zaraził się
anginą.
Odpowiedziała, że prawdopodobnie ja wcale nie mam anginy,
tylko gardło i przełyk wysypany zmianami ospowymi, które powodują
owrzodzenia na śluzówkach i stąd ten okropny ból (faktycznie,
czułam się tak, jakby mnie ktoś „obdarł wewnątrz ze skóry”).
Tak czy inaczej „antybiotyk mi nie zaszkodzi” - stwierdziła.
Ponadto Alek miał wysypaną całą buzię wewnątrz, dziąsła,
język, gardło.... Po długim wahaniu i konsultacji ze znajomą
pielęgniarką postanowiliśmy jednak pojechać do tego szpitala....
SPM wziął babcię do pomocy i wyszli przed 23-cią.
Efekt oczywiście przewidywalny. Mały
został przyjęty na oddział. W pierwszym badaniu stwierdzono bardzo
dużo zmian na śluzówkach, zaczerwienione łuki podniebienne (być
może początki anginy jednak), lekkie odwodnienie. Dostał
kroplówkę, pobrano krew, potem zdecydowano o podaniu antybiotyku –
a więc pewnie przynajmniej 5 dni w szpitalu :(( Badania wyszły
nieźle. Co prawda CRP i leukocyty lekko podwyższone, jednak nic
alarmującego. Po kroplówce i lekach bąbel poczuł się chyba
lepiej, bo o drugiej w nocy zaczął się chichrać, śpiewać sobie
i bawić się w najlepsze, zupełnie nie wybierając się do spania
:) Za to dzisiaj powtórka z rozrywki. Jeść nie chce, pić nie
chce, spać nie może; dostaje już drugą kroplówkę i w sumie
dzięki Bogu, że jednak jest w szpitalu, bo nie wyobrażam sobie, co
byłoby, gdyby był w domu....
W szpitalu jest z nim mąż; ja
niestety nie mam wstępu na oddział :( i jeszcze długo nie będę
miała. A tęsknię za małym okropnie... :( I tak mi go strasznie
szkoda.... wiem, co sama czułam, jak bardzo bolało mnie gardło i
całe ciało; zupełnie nie wiem, jak można byłoby mu pomóc :(
Zaszczepcie się, jeżeli nie
chorowaliście, zaszczepcie dzieci – zanim i Was
dopadnie.
2009-12-06 15:57:03 skomentuj (1)
:(
Kiepsko ze mną.
Zimno, ciemno i do domu daleko.
Wiem, że trzeba mieć mnóstwo samozaparcia, żeby mnie czytać ostatnio, nie będę się więc rozwodzić nad tematem.
Czy ktoś się zdobędzie na wpis/sms/kopa w odpowiednie miejsce, że jeszcze coś znaczę?
Muzycznie - tematycznie - nastrojowo do posłuchania....
2009-11-30 02:52:09 skomentuj (4)

|
KONTAKT Napisz...
FOTO FEM-FOTO kobiece spojrzenie przez obiektyw... JohnnyB
Sentymenty Black Hole Sun Black dove Świat się pomylił Waiting for a girl like U If you don't know me by now... I will find you Cornflake girl
Bliskie tematy Kasia Madziarek Małgośka Męski punkt widzenia Johanka JEAG Mama Morela Zimno M&M'ki Wemima Calendula Kicia
|